Wyobraźcie sobie
mieszkanie, w którym elementy dekoracji rozstawione są niczym
muzealne eksponaty, gdzie każdy mebel przemyślany jest z
dokładnością niejednego galernika, a wykonany tak, że przywodzi
na myśl projekty największych, najbardziej awangardowych twórców.
To miejsce zamieszkuje równie niezwykła osoba, której cztery kąty
(po prostu) nie mogły wyglądać inaczej. Rick Owens – bo o nim
mowa – to jeden z najbardziej znanych i cenionych amerykańskich
projektantów. Podziwia się go nie tylko za oryginalność i
pomysłowość, ale przede wszystkim za charakterystyczny trochę
futurystyczno – odrealniony świat, w którym osadza swoje
projekty.
Mieszkanie Owensa jest równie niezwykłe. Muszę przyznać,
że to chyba najefektowniejszy apartament jaki pojawił się do tej
pory na tym blogu. Owa efektowność nie wynika jednak z formy
budynku, ani z użytych kolorów, ale z mebli i potraktowania wnętrza
w sposób dość niebanalny i odważny. Paryski budynek (należący
wcześniej do Partii Socjalistów) od ponad 20 lat popadał w ruinę.
Małe, nieprzyjemne klitki odstraszały potencjalnych nabywców, ale
Owens zbytnio się tym nie przejął, a w ruinie zobaczył ogromny
potencjał i zrobił coś najprostszego: wyburzył większość
ścian. Razem ze swoją żoną stworzył wnętrze, które w sposób
idealny odzwierciedla jego projekty. Przede wszystkim część ścian
pozostała nieotynkowane, wręcz obdrapane, z silnymi ubytkami w
tynku. Z drugiej strony projektant pozostawił XIX – wieczne dekoracje
paryskiej kamienicy (stare drzwi do salonu, oryginalna sztukateria) oraz dodał elementy nowoczesne i wygładzone do granic możliwości. W
końcu coś, co sprawia,
że nie można powiedzieć o tym wnętrzu, że jest nudne,
powtarzalne, sztampowe - meble, zaprojektowane przez samego Owensa. Na pierwszy rzut oka wydają się
nieprzyjemne. Sam projektant powtarza, że
wcale nie muszą być przytulne i wygodne, bo mebel to sztuka, magia, wygoda jest drugorzędna. Przyglądając
się im częściej, dochodzę do wniosku, że w tym mieszkaniu nie
pasowałoby nic, czego nie zaprojektowałby Owens. Mamy więc łóżko z olbrzymim zagłówkiem obite welurem,
potężne, ciężkie stoły i krzesła z drewna, rogi wykorzystane jako oparcia, łazienkowy blat wykonany z kamienia. Wszystko to zamknięte
w wielkiej, porowatej, nieotynkowanej przestrzeni, gdzie nawet sufity
i podłogi nie pozwalają na powiedzenie „ale tam przytulnie!”.
Ten niesamowity kontrast między surowym a prostym (ale współczesnym) został określony mianem ułożonego grunge'u, który projektant
określa słowem glunge.
Oglądając poniższe zdjęcia zwróćcie
szczególną uwagę na dodatki. Owens postawił nie tylko na typowe
złote talerze, kamienne świeczniki i obrazki na ścianie (tutaj
wyjątkowo na podłodze, oparte o ścianę), ale przede wszystkim na
elementy zaskoczenia, takie jak małpa nad kominkiem i kolekcja
kamiennych czaszek z czymś niezidentyfikowanym na górze. Zresztą, nie będę zdradzać nic
więcej – po prostu zobaczcie to sami.








Dla porównania mieszkania
Owensa - cztery projekty z jego ostatniej kolekcji na nadchodzący sezon. Same ubrania wyglądają trochę jak z antycznego mitu
o bogini lub legendy o prehistorycznym wojowniku. Wśród projektów znajdziecie przewiewne tuniki na ramiączkach przechodzące w formę fikuśnej bombki, założonej na długą spódnicę. Te ostatnie spodobały mi się w szczególności z charakterystycznym splotem na przedzie. Równie efektownie prezentują się ogromne, obszerne skórzane kurtki, długie tuniki przypominające stroje z filmów fantasy. W końcu buty - antyczne, z łańcuchami i elementami ze złotego metalu. Wśród kolorów dominują te same barwy, które widzieliście w mieszkaniu Owensa: biel, szarości, piaskowe beże, czerń. Piękna, bajkowa kolekcja dla której inspiracją było malarstwo Gustawa Klimta. Całość możecie zobaczyć
tutaj.